Zrób mi coś
w Twoim stylu.
Są takie zdania, które brzmią jak przejaw zaufania. „Zrób mi coś w Twoim stylu” jest jednym z nich. Tylko że kiedy naprawdę dostajesz wolną rękę, nagle pojawia się pytanie: jaki właściwie jest mój styl? I czy na pewno społeczeństwo jest gotowe, żeby się o tym przekonać?
„Zrób mi coś w Twoim stylu.”
Tym razem dostałam pozornie bardzo proste zadanie. Takie, które nie powinno wymagać ani specjalnej filozofii, ani konsultacji z komisją do spraw rzeczy, których nie da się jednoznacznie zdefiniować.
Czyli teoretycznie: nic prostszego.
W praktyce okazało się, że czasami wystarczy jedno niewinne zdanie, żeby człowiek dobrowolnie wszedł na teren, na którym nie powinien przebywać bez kasku.
Bo przecież „w Twoim stylu” brzmi bardzo przyjemnie.
Trochę jak zaufanie.
Trochę jak swoboda.
Trochę jak: „Masz wolną rękę, pokaż, co potrafisz”.
A wolna ręka w moich rękach, jest zjawiskiem potencjalnie niebezpiecznym.
Bo zanim jeszcze zaczęłam cokolwiek projektować, pojawiło się pytanie:
Jaki ja właściwie mam styl?
Czy ja mam styl?
Czy można mnie jakoś sklasyfikować?
Minimalistyczna?
Organiczna?
Klasyczna?
Nowoczesna?
Kukurydziane? Owsiane? Pszeniczne? Otręby?
Nie wiem.
I chyba właśnie to jest problem.
Kiedy ktoś pyta o ulubiony kolor, można powiedzieć: czarny. Kiedy pyta o ulubioną czcionkę, można zacząć udawać, że ma się jedną. Ale kiedy pyta: „jaki masz styl?”, nagle człowiek zaczyna przeprowadzać audyt własnej osobowości.
I podejrzewam, że gdybym zapytała pięć osób, które mnie znają, dostałabym pięć różnych odpowiedzi i przynajmniej jedną skargę.
Bo mój styl to chyba nie jest coś, co da się wpisać w jedną kategorię.
To raczej taki zestaw produktów z półki:
„Nie wiadomo, co to jest, ale dziwnie dobrze smakuje.”
Słowa. Proste. Piękne.
I potencjalnie niebezpieczne.
Zaczęłam więc szukać czegoś, co faktycznie jest moje.
I wtedy przypomniałam sobie o słowach.
Bo ja naprawdę lubię słowa.
Lubię je pisać.
Lubię je przekręcać.
Lubię je zestawiać w sposób, którego nikt nie zamawiał.
Od zawsze stosunkowo łatwo przychodziło mi ubieranie myśli w zdania.
Czasami nawet za łatwo.
Bo moje myśli najwyraźniej nie posiadają funkcji „zatrzymaj się, zanim będzie za dużo”.
I to właśnie mogło być rozwiązaniem.
Słowa.
Proste.
Piękne.
Pełne możliwości.
I potencjalnie niebezpieczne.
Bo przecież mogłam puścić wodze fantazji.
Mogłam napisać coś naprawdę „w swoim stylu”.
Tylko po krótkiej analizie ryzyka doszłam do wniosku, że projekt dla klienta niekoniecznie jest najlepszym miejscem do przeprowadzania eksperymentów społecznych.
Zwłaszcza że już kilka razy w życiu dostałam bardzo konkretną informację zwrotną dotyczącą mojego zamiłowania do wypowiadania myśli.
W skrócie:
„Może już nic nie mów.”
W wersji rozszerzonej:
„Kiedyś naprawdę przez to oberwiesz.”
Jak widać, rozwój osobisty trwa.
Dlatego postanowiłam tym razem nie sprawdzać, czy społeczeństwo rzeczywiście jest gotowe na moje możliwości.
Zrobiłam więc coś
niesłychanie dojrzałego.
Ograniczyłam się.
Tak.
Ja.
Dobrowolnie.
Bez przymusu.
Bez udziału prokuratury.
Obniżyłam poziom szyderstwa do poziomu, który nie wymaga dodatkowego oświadczenia przed rozpoczęciem projektu.
Humor przesiałam przez filtr.
Czarny humor dostał przepustkę warunkową.
Absurd został poinformowany, że może wejść, ale bez wnoszenia materiałów pirotechnicznych.
A moje literackie zapędy zostały zamknięte w pomieszczeniu z napisem:
„MOŻE KIEDYŚ.”
I wtedy zostały słowa.
Tylko co właściwie można powiedzieć słowami?
Okazuje się, że całkiem dużo.
Można nimi coś opowiedzieć.
Można coś przypomnieć.
Można rozśmieszyć.
Można wzruszyć.
Można też powiedzieć coś tak trafnego, że człowiek przez chwilę siedzi i patrzy w ścianę, zastanawiając się, dlaczego ktoś właśnie nazwał jego własne życie lepiej niż on sam.
Można nimi przekazać naprawdę bardzo dużo.
Zwłaszcza kiedy nie chce się robić kolejnego plakatu z serduszkiem, różą i napisem:
„Miłość to Ty.”
Nie.
Błagam.
Mamy XXI wiek.
Postanowiłam więc poszukać czegoś bardziej osobistego.
Podpytałam o kilka rzeczy.
O to, co jest ważne.
Co łączy.
Co się wydarzyło.
Za co można być wdzięcznym.
I nagle zaczęło się układać.
Dekalog.
Tylko nie ten, który kojarzymy z kamiennymi tablicami i gromkim:
„Nie będziesz…”
Bardziej ten, który mówi:
„Dobrze, że…”
Dziesięć prostych rzeczy.
Za długie rozmowy o niczym i o wszystkim.
Za obecność.
Za wsparcie.
Za słuchanie.
Za zrozumienie.
Za śmiech.
Za cierpliwość do czyjegoś chaosu.
Za możliwość bycia sobą.
Za te wszystkie małe rzeczy, które z boku wyglądają jak nic,
a dla dwóch konkretnych osób potrafią znaczyć bardzo dużo.
I za to najprostsze:
że jesteś.
I tym sposobem powstał projekt, który jest romantyczny,
ale nie ocieka lukrem.
Osobisty, ale nie wymaga znajomości całej historii związku.
Prosty, ale nie pusty.
I – co najważniejsze – w moim stylu.
Tylko w wersji po kontroli jakości.
Bo prawdziwie „w moim stylu” oznaczałoby mniej więcej:
„Za to, że wytrzymujesz moje pomysły, mimo że od dawna powinieneś mieć możliwość odstąpienia od umowy bez podania przyczyny.”
„Za rozmowy, które zaczynają się od jednego zdania, a kończą analizą sensu istnienia o 2:17 w nocy.”
„Za cierpliwość. Szczególnie do momentów, w których sama nie wiem, czego chcę, ale bardzo dokładnie wiem, że to nie jest to.”
„Za to, że nadal tu jesteś, mimo że regulamin tego związku nigdy nie został prawidłowo skonstruowany.”
„Za to, że moje życie potrafi funkcjonować jednocześnie w trybie
„tu i teraz” oraz „muszę wiedzieć, co z tego wyniknie za trzy lata”.”
I jeszcze kilka rzeczy, których dla dobra projektu nie umieściłam.
Bo jest różnica między:
„zrób coś w swoim stylu”
a
„proszę, przekaż moje uczucia w sposób, który nie spowoduje,
że odbiorca schowa prezent do sejfu”.
Dlatego powstał dekalog.
Grzeczny.
Czuły.
Trochę zabawny.
I całkiem bezpieczny.
Czyli moja wersja demo.
Pełna wersja mojego stylu dostępna wyłącznie po podpisaniu oświadczenia o zapoznaniu się z ryzykiem.

Dodaj komentarz