PRZYPADEK #001

Kwestia
przypadku.

O tym, jak większość rzeczy w moim życiu wydarzyła się trochę przypadkiem.

W moim życiu większość rzeczy jest kwestią przypadku.

Nigdy nie miałam na siebie gotowego pomysłu. Nie miałam rozpisanego planu na życie, pięcioletniej strategii ani dokładnej wizji tego, kim będę, kiedy dorosnę.

Po prostu szłam. Coś się wydarzało. Coś mnie zainteresowało. Czegoś spróbowałam. Gdzieś mnie poniosło. I tak, trochę przypadkiem, znalazłam się tutaj. Z AURĄ.

Ale zanim opowiem, skąd właściwie się wzięła, chyba wypada powiedzieć kilka rzeczy o mnie.

Bo AURA to nie jest jakaś osobna pani siedząca przy eleganckim biurku, otoczona złotymi ramkami i idealnie poukładanymi próbkami papieru.

AURA to ja.

Jestem człowiekiem, którego potrafi zainteresować praktycznie wszystko.

Czytam książki. W zasadzie wszystkie. Kryminały? Tak. Fantastyka? Oczywiście. Popularnonaukowe? Jak najbardziej. Romantasy? Też. Nie będę udawać, że nie. Lubię komiksy i mam słabość do całych, rozbudowanych uniwersów.

Kocham Marvela i DC Comics. Uwielbiam superbohaterów i ich całe, niekiedy kompletnie absurdalne światy. Venoma zresztą chętnie wzięłabym sobie za męża. Absurdalny, sarkastyczny, inteligentny i odrobinę niepokojący. Czyli, jak widać, mam całkiem konkretny typ.

Mam też słabość do gier, w których rozwój osobisty polega głównie na wymachiwaniu mieczem i eliminowaniu potworów.

A kiedy już zacznę, przepadam. Telefon? Może poczekać. Obowiązki? Również. Potwory? Niestety nie.

Mam też kilka bardziej… specyficznych zainteresowań.

Kocham zieleń i rośliny. Uwielbiam mieć ich wokół siebie jak najwięcej. Dają mi spokój, wyciszają i sprawiają, że w domu po prostu dobrze mi się przebywa. Mam chyba słabość do zamieniania mieszkań w małe, prywatne dżungle.

Aktualnie mam więcej doniczek z roślinami niż metrów kwadratowych. I zaczynam podejrzewać, że to ja jestem tu tylko gościem.

Mam też swoje trzy fiksacje węchowe: zapach deszczu, benzyny i świeżo wydrukowanej książki.

Nie wiem, co te trzy rzeczy mają ze sobą wspólnego. Poza tym, że najwyraźniej mój nos uznał je za grupę docelową.

Molla

Mam psa. Golden retrievera. To było moje małe marzenie od dawna.

I co ciekawe, wszyscy mówią, że bardzo do mnie pasuje — dużo energii, uśmiech i ta moja słabość do jasnych kolorów, a obok wielka, wiecznie uśmiechnięta, puchata kulka. Na pierwszy rzut oka trochę taka legalna blondynka. Niewinna mina, niegroźny wygląd. I może właśnie dlatego nie wszystko, co mam w głowie, jest takie oczywiste.

Pies był początkiem. Dalej zrobiło się już trochę ciekawiej.

Pewnego dnia znalazłam się w sklepie zoologicznym. Niczego szczególnego nie planowałam. Wybrałam pierwszy, najbliższy sklep, jaki znalazłam. Miałam załatwić jedną rzecz. Wróciłam z nowym hobby.

W sklepie zobaczyłam coś, co mnie zainteresowało. Zaczęłam pytać, słuchać, oglądać. Postałam chwilę. Potem jeszcze trochę. A później uznałam, że skoro już tu jestem… to właściwie mogę wrócić z tym do domu.

I tak zaczęła się moja nowa przygoda. A razem z nią pojawiły się kolejne rzeczy, których absolutnie nie planowałam. Między innymi hodowla owadów karmowych.

Czyli mam mączniki. W lodówce. Tak, dobrze przeczytałeś. Mączniki mieszkają w mojej lodówce.

Nie wiem, na którym etapie dorosłego życia człowiek zaczyna przechowywać żywe owady obok sera i jogurtów. Wiem tylko, że najwyraźniej ja ten etap mam już za sobą.

Marzy mi się też modliszka. Bardzo. Naprawdę bardzo. I mam niejasne przeczucie, że prędzej czy później któraś u mnie zamieszka.

Gekon też jest gdzieś na liście marzeń, ale tutaj zaczyna się problem logistyczny, ponieważ moje mieszkanie jest już na granicy wydolności biologicznej.

Więc jeżeli kiedyś zobaczycie u mnie gekona, będzie to oznaczało, że terrarium postawiłam sobie na głowie.

A swoją drogą, czasami myślę, że ludzie zdecydowanie za bardzo przejmują się swoimi problemami.

Wystarczy spojrzeć na karaczana tureckiego.

Karaczan nie zastanawia się, czy podjął właściwą decyzję zawodową. Nie analizuje relacji. Nie ma kryzysu trzydziestolatka. Nie zastanawia się, czy powinien zmienić pracę. Nie robi doktoratu z własnych błędów.

On po prostu żyje sobie spokojnie, aż pewnego dnia zostaje awansowany na karmówkę.

I koniec kariery. Żadnego LinkedIna. Żadnego „nowy rozdział”. Żadnego „stawiam na siebie”. Po prostu karma dla pająka.

I wiecie co? Przy tym nasze problemy naprawdę zaczynają wyglądać trochę mniej dramatycznie.

Bo my przynajmniej mamy wybór. Możemy zmienić zdanie, zacząć od nowa, skręcić w zupełnie inną stronę albo pewnego dnia po prostu stwierdzić: „A może jednak zostanę grafikiem?”

I właśnie dlatego chyba lubię ten cały przypadek. Bo życie nie jest z góry napisanym scenariuszem.

Czasami wystarczy wejść do przypadkowego sklepu zoologicznego.

Jest jeszcze księżyc.

I tutaj również nie mam pojęcia, co się właściwie wydarzyło. Nigdy szczególnie się nim nie interesowałam.

Aż któregoś dnia zaczął pojawiać się wszędzie. Najpierw zobaczyłam go na biżuterii. Potem znowu. Później zaczął pojawiać się w prezentach od bliskich i znajomych. Nikt się ze sobą nie umawiał. A jednak księżyc konsekwentnie pojawiał się w moim życiu.

Aż w końcu zaczął pojawiać się również w moich snach. Regularnie. Jakby miał abonament.

W pewnym momencie był już na tyle obecny w moim życiu, że zaczęłam się zastanawiać, czy to jeszcze przypadek, czy już jakaś forma stalkingu.

Kiedy wychodzę wieczorem i widzę go nad sobą, czasami mam ochotę powiedzieć: „Znowu Ty?!”

I wtedy zaczęłam się zastanawiać, kto tu właściwie kogo obserwuje.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że to już chyba nie jest przypadek. To jest kampania marketingowa.

Tylko kto ją prowadzi? Księżyc? Wszechświat? Algorytm?

Czy może po prostu moja głowa postanowiła znaleźć sobie kolejny temat do obsesyjnego analizowania?

Tego nadal nie wiem. Wiem natomiast, że księżyc był już tak mocno obecny w mojej głowie, że zaczął pojawiać się również w tym, co sama tworzę.

I gdzieś pośrodku tego wszystkiego pojawiła się AURA.

Od księżyca.

I nagle wszystko zaczęło do siebie pasować.

Bez wielkiej strategii. Bez burzy mózgów. Bez tabelki z pięćdziesięcioma propozycjami pomysłu na nazwę.

Po prostu kolejny przypadek.

Ogólnie rzecz biorąc, lubię ludzi. I nie lubię ludzi. Jednocześnie.

Potrzebuję dużo przestrzeni, samotności i ciszy, żeby robić, tworzyć i układać sobie pomysły w głowie. Cisza mnie nie krępuje. Lubię być sama ze sobą.

Ale z drugiej strony, kiedy już wychodzę do ludzi, potrafię być dokładnie odwrotnością tej osoby, która godzinę wcześniej siedziała w ciszy i nie chciała, żeby ktokolwiek do niej mówił.

Lubię rozmowy. Lubię przypadkowych ludzi. Lubię przypadkowe historie.

Potrafię zagadać do kogoś w kolejce, rozpocząć rozmowę w sklepie albo zamienić kilka zdań z osobą, którą widzę pierwszy raz w życiu. I bardzo często właśnie z takich przypadkowych rozmów wynika coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.

Najwyraźniej ciekawią mnie ludzie na tyle, żeby z nimi rozmawiać. Ale nie na tyle, żeby robić to bez przerwy.

Mam też jedną przyjaciółkę.

Jedną, ale za to taką, którą znam właściwie od zawsze. Dosłownie.

Nasi ojcowie zabierali nas razem na spacery, kiedy obie jeździłyśmy jeszcze w wózkach. Przyjaźnimy się od 25 lat, więc można powiedzieć, że znamy się trochę dłużej, niż większość ludzi zna własne hasła do Wi-Fi.

Co ciekawe, jesteśmy kompletnie różne. Ja — blondynka, jasne kolory, róż, brokat, wszystko co błyszczy, ma fakturę albo najlepiej jedno i drugie naraz. Ona — brunetka, czerń, tatuaże, kolczyki.

Gdyby ktoś postawił nas obok siebie i powiedział, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, prawdopodobnie uznałby, że pomyliłyśmy imprezy.

Mentalnie zresztą też jesteśmy z dwóch różnych planet. Ja — ogień. Ona — woda. Ja potrafię najpierw zrobić, a dopiero później pomyśleć. Ona potrafi najpierw pomyśleć, potem jeszcze raz pomyśleć, a dopiero na końcu spojrzeć na mnie i powiedzieć: „Naprawdę chcesz to zrobić?”

Czasami patrzę na nas i się zastanawiam, jakim cudem przez 25 lat jeszcze się nie pozabijałyśmy. Ale najwyraźniej właśnie na tym polega prawdziwa przyjaźń. Możesz być zupełnie różna od drugiej osoby, możesz mieć kompletnie inne podejście do życia, gust i charakter, a mimo wszystko wiedzieć, że to jest Twój człowiek. I właśnie dlatego potrafimy rozmawiać kilkanaście razy dziennie, widzieć się kilka razy dziennie i spędzać razem praktycznie każdą wolną chwilę. Co, jak się okazuje, jest dosyć rzadką przypadłością wśród dorosłych ludzi. Bardzo sobie tę przyjaźń cenię.

Właściwie gdybym miała stworzyć bardzo prosty przepis na dobre życie, chyba wystarczyłaby mi: kawa, moja przyjaciółka i stado zwierząt.

Jest jeszcze jedna rzecz, która chyba dość dobrze mnie opisuje.

Mam bardzo analityczny mózg. Kocham matematykę, cyfry, logikę, rzeczy, które są spójne i mają sens. Lubię systemy. Algorytmy. Zależności. Rozwiązywanie problemów. Jeżeli coś nie działa, chcę wiedzieć dlaczego. Nie wystarczy mi informacja, że nie działa.

Ja chcę wiedzieć, co dokładnie nie działa, dlaczego nie działa, co spowodowało, że nie działa i co zrobić, żeby zaczęło działać.

(Moja przyjaciółka po przeczytaniu tego zdania, uznała że tak dobrze oddaje moją naturę, że wydrukuje mi z nim koszulkę. Czekam.) Dlatego między innymi stronę AURY napisałam sama. Po około dwudziestu latach wróciłam do HTML-a i CSS-a. I przypomniałam sobie, że kiedy człowiek chce przesunąć grafikę o 10px, to najwyraźniej może spędzić nad tym znacznie więcej czasu, niż przewidywał.

Ale to właśnie lubię.

Z jednej strony cyfry, logika i algorytmy. Z drugiej — kompletny twórczy chaos.

Bo mam też ogromną potrzebę tworzenia. Rysowania. Pisania. Projektowania. Wymyślania. Wyrzucania z siebie rzeczy, które siedzą mi w głowie. Czasami zastanawiam się więc, która z moich półkul jest właściwie większa. I mam nadzieję, że kiedyś ktoś to po mojej śmierci sprawdzi. Szkoda tylko, że ja się już wtedy o wyniku nie dowiem. Nie zawsze wiem, która półkula prowadzi. Podejrzewam, że żadna nie ma nad sobą pełnej kontroli.

W każdym razie jedna z nich ewidentnie ma poczucie humoru. Druga próbuje to jeszcze przeanalizować.

A gdzie w tym wszystkim jest AURA?

Cóż. Ona też pojawiła się trochę przypadkiem. Zaczęło się od prostych rzeczy robionych dla znajomych. Potem pojawiły się pierwsze grafiki do mojej pracy. Z czasem zaczęłam budować branding firmy. Wizytówki. Etykiety produktów. Materiały reklamowe. Oferty. Całą tę spójność wizualną, której wcześniej właściwie nie umiałam nawet nazwać. I wszystkiego uczyłam się sama. Od podstaw.

Metodą: „Nie wiem, jak to zrobić, więc zaraz się dowiem.”

Potem pojawiały się kolejne projekty. I kolejne osoby. „Zrobisz coś takiego dla mnie?” „Możesz zrobić coś dla mojej znajomej?” „A może dla kogoś z rodziny?” „To jest genialne.” „Też bym coś takiego chciała.” I tych opinii zaczęło być coraz więcej. Jeden projekt. Potem drugi. Potem kolejny. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawiła się myśl: A może warto spróbować?

Nie było wielkiego planu. Nie było momentu, w którym usiadłam przy biurku i oznajmiłam światu: „Od dziś buduję własną markę.” Po prostu robiłam rzeczy. Ludzie zaczęli je zauważać. Zaczęli ich chcieć. A ja zaczęłam zauważać, że chyba naprawdę lubię to robić.

I tak powstała AURA.

Dzisiaj wiem już, że chyba właśnie dlatego tak bardzo lubię grafikę.

Bo lubię tworzyć coś od zera. Lubię moment, kiedy jeszcze nie ma nic. Jest tylko pomysł. Albo czasami nawet nie ma pomysłu. Jest kartka. Pusty ekran. Kilka słów. Jakiś kolor. Jedna myśl. I nagle zaczyna się coś z tego układać.

Tak samo mam z pisaniem. Rysowaniem. Projektowaniem. Wymyślaniem.

Potrzebuję gdzieś wyrzucać te wszystkie rzeczy, które krążą mi po głowie. I właśnie dlatego powstała ta zakładka.

Przypadki.

To będzie miejsce na historie. Na rozkminy. Na rzeczy, które wydarzyły się podczas pracy. Na rzeczy, które mnie rozbawiły. Na rzeczy, które mnie zaciekawiły. Na pomysły. Na projekty. Na moje małe fiksacje. Na rzeczy kompletnie niepotrzebne, ale z jakiegoś powodu bardzo ważne. I na wszystko to, co pojawia się po drodze. Bo skoro większość rzeczy w moim życiu wydarzyła się trochę przypadkiem, to chyba najwyższy czas zacząć je zapisywać.

Nie wiem, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi. Nigdy nie wiedziałam. Ale jak dotąd całkiem nieźle na tym wychodzę.

Więc… do następnego przypadku.

A jeśli któregoś dnia przeczytasz tutaj historię o modliszce, która właśnie zamieszkała w moim domu, będziesz już wiedzieć: to nie było planowane. To była kwestia przypadku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *